Było już o dezodorantach - teraz o pachnących dodatkach do kąpieli.
Pierwszy płyn dla dzieci, jaki pamiętam, był w butelce - nurku. Chyba pomarańczowy, nurek w ciężkim stroju, hełm się zdejmowało - odkręcało znajdującą się pod spodem zakrętkę i odmierzało nakryciem głowy stosowną ilość płynu.
Był też Misio Yogi, działający na podobnej zasadzie.
Dużo mniej ciekawa była rybka - po prostu na zakończeniu pyszczka miała gwint i zakrętkę.
Starsze dzieci lubiły też szyszkę - szklana butelka, a w środku sól z dodatkiem olejku sosnowego - produkt Herbapolu.
Młode damy wybierały sól Kinga, pakowaną w kilka łączonych ze sobą woreczków - w każdym z nich sól miała inny kolor.
Pamiętam, że Babcia - za względu na liczne rozdrapane ukąszenia komarów i pająków, oraz ślady po spotkaniach z ziemią, różami i drzewami - czasem kąpała mnie w macierzance lub rumianku.
Ale największym przebojem było dodawanie do wody kryształków nadmanganianu potasu (nazywaliśmy je "kali" - od łacińskiej nazwy potasu - kalium). Pojawiała się najpierw prawie czarna smużka, aby w fantazyjnych esach - floresach zabarwić w końcu wodę na lila. Kiedy przypadkiem dotknęło się nierozpuszczonego kryształka, na palcu pozostawał ciemny ślad.
A teraz nie mam bąbelków w wannie, bo nie mam czasu - no i z wanny wyrosłam. Co to za przyjemność kąpać się, kiedy albo ramiona albo kolana wystaja z wody i marzną?