Wybraliśmy się do szpitala spokojniutko po śniadaniu, w poniedziałek, 14 maja. Przyjmował nas miły doktor, ale poczekaliśmy sobie w kolejce, bo zainteresowanie izbą przyjęć było spore. Powiedział, że wód jest już mało i że najwyższa pora. Wywiad, badanie, potem jeszcze przyjęcie przez położne na oddziale. Powiadomiliśmy naszą Panią Położną, że już jesteśmy. Pojawiły się bóliki, jak się później okazało - tylko przepowiadające. Po wyjściu Mam z Maluszkami, zwolniło się dla mnie miejsce w dwuosobowej - jak wszystkie - sali błękitnej. Rzeczywiście - wszystkie sale mają nazwy od kolorów lub roślin, stosowne kolory ścian i malunki na nich. Zostałam w pokoju sama - co miało swoje dobre strony. Bóle się nasilały, stawały się coraz częstsze. Badanie nie wskazywało natomiast na jakiekolwiek ruchy Michała w kierunku wyjścia na świat! O zaśnięciu nie było mowy, w końcu nad ranem udało się kimnąć w... plastikowym fotelu, takim, jak to mamy w ogródkach, z głową oparta na poduszeczce o ścianę. Stałam się zagadką dla dyżurnych położnych, bo coś ze mnie wyciekało, ale czy to wody??? Nikt nie wiedział.
Podczas porannej wizyty, pan doktor - duży, łysy, ze złotym łańcuchem na szyi - okazał się być ordynatorem! To nie tylko teoretyk w ginekologii i położnictwie - sam ma ponoć pięcioro dzieci a kolejne w drodze

Okazało się, że tym razem coś już się dzieje - szyjka macicy zgładzona, rozwarcie na 1 palec. W związku z tym zadzwoniłam do Małża, a nasza Pani Położna (PP) zabrała mnie do swojego pokoju. Szybko wylądowałam pod prysznicem, tak znalazła mnie moja Połówka. Bóle stopniowo sie nasilały tak, że w końcu były już tymi właściwymi. Przyszły około 13. Niestety, inne panie położne, zanim PP przyszła do pracy już mnie lekko przyspieszyły no i coś się tam działo, ale zbyt leniwie. Na dodatek ja byłam zmęczona całą nocą bolenia. Skończyło się więc na kroplówce, relanium i oksytocynie. PP często mnie badała i dzięki temu miała doskonały wgląd w akcję. Zalecała potem Małżowi i mnie różne wygiby i figury - ale powiem szczerze, że kucanie na skurczu partym - to hardcore! W końcu już zapowiedziałam, że JESZCZE JEDNO BADANIE a nie wiem co zrobię - usłyszałam: "Kończą się rękawiczki, więc będzie koniec badania"

W ostatniej fazie okazało się, że maleńki rąbek z szyjki macicy przeszkadza główce Miśka wyjść, więc PP na skurczu zesuwała ją tak, żeby się łepek nie cofał :] Yyyyy, nie skomentuję moich odczuć. Gdyby nie było przy mnie Małża, pewno dawno bym poszła do domu. Naprawdę, rodzenie z nim to zaszczyt

W końcu padło hasło: TO JUŻ!
Zrobił się ruch, ja w kucki (!!!!) na łóżku porodowym doskonałej marki, położne, pielęgniarki noworodkowe, lekarze - gotowi.
Jeszcze kilka eksperymentów z pozycją, w której najszybciej zmierzamy do finału - zasada jedna: im bardziej czujesz skurcz, tym lepiej

No i mała katastrofa - okazuje się, że wyłaniającej się główce naszego Syna towarzyszą moje żylaki

Któryś z nich zaczyna podkrwawiać, więc decyzja PP jest natychmiastowa - trzeba naciąć krocze, żeby nie przytrafił się jakiś niekontrolowany krwotok.
Maleńki wysiłek - i oto cud: Michał Dominik, cieplutki i umazany - trafia na mój brzuch! Jest 17:35, 15 maja, dzień św. Zofii.
Chwila szczęścia jest na razie króciutka - Dzieciaczek z dumnym Tatą trafia na pierwsze badanie i zabiegi pielęgnacyjne - a potem obaj moi Mężczyźni wracają do mnie.
Jesteśmy troszkę razem, szybko przychodzi nasza PP i zabiera mnie pod prysznic - okazuje sie, że wstanie z łóżka jest trudne - bardzo mi słabo. Udaje mi się to dopiero następnego dnia po południu, po dwóch kroplówkach, kawie i mnóstwie czekolady.
Potem już bez Małża (:() odpoczywamy w sali sosnowej. Noc mija bez Mi, bo nie jestem w stanie wstać. W kolejnych dniach okazuje się, że mamy kłopoty z karmieniem - Mały protestuje, ssie - o ile w ogóle - krótko. Zapada decyzja o dokarmianiu - na szczęście tylko strzykawką.
Wychodzimy ze szpitala w piątek. W poniedziałek zagląda do nas położna z rejonu. Zaprasza na wtorek na ważenie Miśka, bo widzi, że wyszedł ze szpitala bez przyboru wagi - a tylko z 10% spadkiem w stosunku do urodzeniowej. Niby nie tragedia, ale i nie najlepiej. We wtorek rano dzwoni, że lekarz jest wolny i chętnie zobaczy Malucha. Małż bierze wózek i czym prędzej biegnie do przychodni. I - zaskoczenie - dostajemy skierowanie do przyszpitalnej przychodni Patologii Noworodka. Dla mnie to szok - Pani Ordynator zaprasza do pozostania z dzieckiem w oddziale i do pełnej diagnostyki. Jak się okazuje - całe szczęście - bo Misiek podłapał bakteryjną infekcję dróg moczowych.
Spędzamy zatem 7 dni w szpitalu - na szczęście 10 min od naszego domu.
Ze mną na sali w porywach do 4 innych Mam z dzieciaczkami - fajny skład! A Mi zdrowieje i je - choć nie codziennie tyje. Lekarze: "Okropność! Dokarmić!" Pani od Laktacji: "Nic się nie dzieje - pani też czasem ma mniejszy apetyt, prawda? a za to nie waży się codziennie." Na szczęście po ustaniu upałów przyrosty wagi wracają i we środę wychodzimy do domu.
I miejmy nadzieję, że teraz już w nim spokojnie pozostaniemy, póki co jedząc, kupkając, siusiając oraz śpiąc - co jak wiadomo - stanowi główne i uprawnione zajęcia noworodków
Wczoraj mały Mi skończył TRZY tygodnie