Najpierw w sobotę coś, co okazało się potem drobiazgiem: pokonał nas dywanik. Kupiliśmy resztówkę wykładziny klasy hotelowej, żeby wyłożyć nią opanowany przez Mi przedpokój - jest wyłożony twardym i zimnym gresem. Nie wzięliśmy jednak pod uwagę faktu, że w hotelu raczej menedżer nie siedzi na podłodze i nie przycina wykładziny nożyczkami. Przychodzą po prostu panowie ze sprzęciorem i robią to profesjonalnie. No więc cóż, nasze nożyczki i delikatne rączki nie dały rady dwóm warstwom - wykładziny i filcu.
Po południu mały, zadowolony, pełen wigoru i apetytu Misio dostał gorączki - przekroczyła 38,5, więc sięgnęliśmy po leki. Jakoś - przyznaję, nasz błąd - nie zdecydowaliśmy się na sobotnią wizytę w dyżurnym szpitalu. Skutek tego był taki, ze Mal00ch obudził się o 1:30 z 39,6. Małż zadzwonił na pogotowie, pani zaleciła przyjazd do szpitala, a jako że nie mamy samochodu, obiecała przysłać karetkę. Przystaliśmy na to, licząc, że będzie tak szybciej, niż taksówką. Hmn, oczekiwanie przeciągnęło sie do godziny i dwudziestu minut. Mi w tym czasie pił herbatkę, jadł ciasteczka, oglądał książeczki - słowem - bawił się dobrze. Potem rozglądał się po ERce, sprawdzając, czy wszystko wygląda, jak w jego ulubionym serialu "ER".
W szpitalu powitała nas zaspana i mrukliwa Pani Doktor. Dostało mi sie na wstępie, że teraz to przylatuję do szpitala, a po południu to mnie temperatura dziecka nie martwiła! Koniec końców, orzekła, że to prawdopodobnie zapalenie uszu i że może mnie przyjąć tu na oddział, albo mam jechać do miasta oddalonego o 30 km, na klinikę. Okazało się, że wyboru tak naprawdę nie ma, bo "tu" nie ma laryngologa...
Obudziliśmy biedną Siostrę Małża, która ledwie co przyłożyła głowę do poduszki, a ona jak zwykle nie zawodzi - i już wkrótce znów wysłuchiwałam - jako najważniejszego punktu wizyty - utyskiwań na moja nieodpowiedzialność i - co tu kryć - bezczelność. Jednak lekarz obudzony w środku nocy musi dostrzec w naszych objawach szanse na habilitację, żeby nam wybaczyć alarm!
Diagnoza to zdrowe uszka, katar ropny i pochodzące od niego zapalenie spojówki w jednym oku. O 6 starego czasu jesteśmy w domu. Małż robi nam śniadanie, biegnie do apteki, a ja tulę małego zmęczonego Misia. Reszta dnia to sinusoida - spadek temperatury po leku - czyli poprawa nastroju, zabawy, jedzenie z apetytem a potem znów wzrost temperatury, płacz, przelewanie się przez ręce. I ból serca, kiedy musimy przemocą oczyszczać nosek, aplikować lekarstwo, które jest beeee... Na razie Mi jest za mały, żeby powiedzieć: "Ok, mamo, wezmę ten syropek, ale to będzie cię kosztowało autko!"
Teraz Groszkek śpi ululany, jak kwadrans temu zaglądałam, nie miał gorączki, oby tak dalej