Piątek, listopad 30. 2007
Jesteśmy z Mi w domu. Cisza i spokój. Około 11:30 Mal00ch postanawia podrzemać. A Pan Sąsiad postanawia powiercić i postukać. Przy akustyczności naszego mieszkania - to jakby 2 cm od łóżka. Więc Mi się budzi. A Pan Sąsiad przestaje. Kolejna drzemka ok. 15:30. Synek przymyka oczki. A Pan Sąsiad włącza wiertarkę
Piątek, listopad 30. 2007
- moja Siostra i ja. Z rożnych jednak powodów. Mnie pozostało to z dzieciństwa - paskudny w smaku, kwaśny chleb, tzw. masło - śniadaniowe albo śmietankowe i - naprawdę dobre, domowe powidło. Jednak wszystko razem - bleeeeee. Moja Siostra miała natomiast pecha - przegryzła coś chrupiącego - to była osa...
Piątek, listopad 30. 2007
kiedy mieszkałam z Rodzicami, pójść na spacer z Tatą, wieczorem. Zwykle wiązało sie to z załatwieniem czegoś - np. w dawnych czasach kryzysowych perygrynacjami po aptekach. Czy Siostra czy ja - szłyśmy z Ojcem pod rękę, można było rozmawiać o nauce, polityce, życiu. Ciemne miasto, zapachy, światła... chwilki jedyne w swoim rodzaju.
Środa, listopad 28. 2007
Bardzo chciałabym to wiedzieć !!!
Środa, listopad 28. 2007
to trudna rzecz. Mądrze mówił o tym dziś w Trójce terapeuta. Stwierdził, że coś takiego jak więź w rodzinie, nie jest nam dane. Że trzeba to budować codziennie, robiąc wiele rzeczy wspólnie, dzieląc sie emocjami - i tymi dobrymi i tymi złymi. Nie da się tylko być - obok siebie.
A to chyba bolączka wielu rodzin - każdy domownik przychodzi, z pracy, ze szkoły, rzuca: "co słychać?" - i zanim odpowiedź wybrzmi, to już jest zaprzątnięty własnymi sprawami. Ma się wrażenie, że rodzina to nie splatająca się cudnie tkanina, ale luźno ułożone obok siebie nitki. Lada podmuch może je rozwiać po świecie...
Niedziela, listopad 25. 2007
Nabył bowiem, zafascynowany, foremki do mufinek. I dziś upiekł w nich FANTASTYCZNE drożdżowe babeczki z serkiem. Mniam mniam! Z kawą zrobioną przez Małża - rewelacja!
Niedziela, listopad 25. 2007
właśnie wczoraj, odwiedziliśmy bowiem Małą Dziewuszkę, urodzoną trzy miesiące po Mi, jej Rodziców i Starszego Brata. Wzajemna prezentacja przebiegła pokojowo, obie strony są pełne nadziei na przyszłość
Piątek, listopad 23. 2007
kiedy na chwilę zostawiłam go dziś w łóżeczku (na razie jeszcze bardziej je lubi, niż kojec), był bardzo grzeczniutki i cichutki. Kiedy wróciłam, leżał sobie w obłoczkach ręcznika papierowego, który rozwinął z rolki, stojącej w rogu. Pobiegłam po aparat - i zastałam synka roześmianego z ręczniczkiem w buzi
Piątek, listopad 23. 2007
Pamiętam, kiedyś w bardzo dawnych czasach, jadłam, w rodzinnym domu, obiad z Rodzicami i Siostrą. Były chyba jabłka w cieście (jak racuszki, tyko że nie drożdżowe), które polewaliśmy z butelki śmietaną. Odruchowo oblizałam szyjkę butelki, co niepomiernie oburzyło mojego Tatę! Usłyszałam, że to OBRZYDLIWE, i że jak nie nauczę się jeść, to będę jadła na korytarzu.
Niedługo potem znów coś polewaliśmy sobie śmietaną - pewno jakieś pierożki. Tato polał i... wysunął języczek, a następnie oblizał butelkę  Wystarczyło nasze "YYYYYYYY HHHHHH MMMMMM!!!!" Oj, trzeba pilnować się, kiedy komuś przyjdzie do głowy strofować dzieci!
Piątek, listopad 23. 2007
zabrał się dzisiaj za raczkowanie! Kilka "kroczków"tylko, ale jednak zrobił na kolankach!
Piątek, listopad 23. 2007
Tesco jeszcze lepiej sobie radzi z nazwami jabłuszek: "Jabłka czerwone luz kl. I"
Czwartek, listopad 22. 2007
i jest to nielubienie o głębokich korzeniach - no bo gdyby Ewa z Adamem jabłka nie zeżarli, to byśmy nie byli tu, gdzie teraz jesteśmy :/
Zresztą, odkąd prof. Pieniążek zreformował polskie sadownictwo, nie bardzo jest co lubić. Można kupić de facto tylko obce odmiany, które maja jakiś smak przez kilka tygodni po zerwaniu, a potem - a zwłaszcza na wiosnę - smakują bardzo głęboko niczym. Do rzadkości należą prawdziwe papierówki, malinówki, jabłka tzw. "do rozpieku" - antonówka, reneta to unikat.
Za to dzisiaj odkryłam na placyku startingi! To ulubione moje jabłka - słodko - cierpko - gorzkawe. Oglądam je kiedy jadę z Mi przez placyk...
Wtorek, listopad 20. 2007
i to zupełnie dosłownie, a nie metafizycznie, zdarzyło mi się raz w życiu. Dawno, dawno temu, odwiedzaliśmy ze znajomymi koleżankę w Nowym Targu. W drogę powrotną trzeba było ruszać jeszcze w nocy, szliśmy pieszo na dworzec z Kowańca. Dla niewtajemniczonych - Kowaniec jest częścią Nowego targu położoną wyżej niż centrum. Wspaniałe było wrażenie, kiedy przed sobą zobaczyliśmy mleczno - białe morze. Zaczęliśmy wchodzić w nie - po kostki, po kolana, po pas... I to w cudną, czystą, pachnącą zimną wodą mgłę - a nie w miejski smog...
Sobota, listopad 17. 2007
rozwija sie i kwitnie! Dziś do jego szafy dołączyła piękna marynarka, z wełny z jedwabiem, o fakturze sztruksu oraz ciemnoniebieska koszula w drobniutkie białe paseczki, mrauuuuu!
Sobota, listopad 17. 2007
skoro wystarczy wyjść na miasto z wózkiem?
Po śniegu wszystko wygląda bajkowo - przez okno. Schody zaczynają się... na schodach. Oczywiście płytki są śliskie, a wózek muszę sprowadzić po dwóch stalowych "dechach" - lekko zalodzonych. Na szczęście zjawia się sąsiad: "Spróbuję tu panią jakoś asekurować" - i mu się to udaje. Potem pojawia się jezdnia, pełna błota pośniegowego. Błoto na chodnikach z kolei przymarza i pokrywa się cieniuteńką warstwą wody - jedzie się po tym, aż miło! Osobna kwestia to granica między jezdnią a chodnikiem. Ulicą czasem przejeżdża pług i odgarniając śnieg, tworzy z niego wysoką pryzmę na boku. Przy pasach jest nie inaczej - mam więc wybór: przejść w bród, mocząc się po kolana albo przeskoczyć jakieś półtora metra. Oczywiście z wózkiem wyboru już nie ma. Kiedy uda mi się wjechać na jezdnię, to oczywiście nie mogę z niej zjechać - pocę się, widząc pędzące na mnie i moje dziecko auto - przeważam wózek, ale przednie kółko wpada w błoto, nie udaje mu się dosięgnąć w miarę bezśnieżnego miejsca na chodniku. Na szczęście kierowca jedzie przytomnie, zwalnia, ja obracam wózek o 180 stopni i wciągam go siłą na chodnik.
Pozostaje mi tylko przebrnąć uliczką, przy której stoją przemiłe domki jednorodzinne. Niestety, przy wielu niepokalanie biały śnieg, bo właścicielom nie przyjdzie do głowy przetarcie szlaków.
Dobrze, że na razie nie jeżdżę autobusami - ale już wnet będę przeżywała stres przystankowy - czy uda mi się wysiąść spokojnie i nie ześlizgnąć się z lodowej muldy pod koła...
Tak jest u nas na osiedlu i w najbliższej okolicy. Niestety, w centrum niewiele lepiej. Nasz prezydent dba o finanse miasta - dwa lata temu napisał list do mieszkańców, że jest mu "osobiście przykro", kiedy narzekamy na stan odśnieżenia. Może sąsiednia gmina wywozi śnieg, ale to jest nieopłacalne i skoro 2 główne ulice są przejezdne, to chyba wystarczy, prawda? W zeszłym roku nie było śniegu, więc był spokój. A w tym kierowcy pługów zostali poddani szczegółowej kontroli, czy przypadkiem nie odśnieżają czegoś nadprogramowo...
Ale chyba można byc spokojnym, że trasa codziennych dojazdów władzy do pracy jest wygodna, bezpieczna i odśnieżona!
|