Środa, październik 31. 2007
taka powinna być matka :] a przynajmniej tak by wynikało z porady na jednym z forów internetowych.
Mama, zamierzająca powrócić do pracy, martwiła się, że odciąga za mało pokarmu. Pani z poradni laktacyjnej pocieszyła ją, że nie jest to tak bardzo mało. A na przyszłość, powinna odciągać 6 - 8 razy na dobę, po karmieniu, 30 minut, w schemacie 7 - 5 - 3 (czyli 7 min z jednej piersi, potem 7 z drugiej, 5 i 5, 3 i 3).
Wychodzi na to, że należało by więc odciągać co 3 godziny, również w nocy. Założenie kolejne jest takie, że nakarmione dziecko czeka spokojnie, aż mama przygotuje laktator, rozsiądzie sie wygodnie w fotelu, podłoży podusie pod plecy, włączy kojąca muzykę i będzie odciągać. Dzidzia w tym czasie oczywiście słodko się uśmiecha, bo wiadomo, że to sprzyja laktacji. Mija więc jakieś 35 min. Potem mama umieszcza mleczko w odpowiednim pojemniku, opatruje datą, godziną oraz ilością na etykiecie, chowa do lodówki i przez 10 min sterylizuje laktator (wedle purystów). Czyli wychodzi ok. 50 min. w sumie. Dodajmy jeszcze jakieś 10 min na zaparzenie ziół laktacyjnych... A dzidzia leży i czeka. Taaaaa....
Chyba trzeba nie mieć dziecka, żeby móc temu sprostać.
Wtorek, październik 30. 2007
ma dwa ząbki - maleńkie jeszcze, ale już widać (matczynym okiem, w każdym razie). Również od wczoraj je jabłuszko i smakuje mu bardzo  Fajna łyżeczka Aventu to jego nowa przyjaciółka
Piątek, październik 26. 2007
Chciałam oddać swoja suknię ślubną dziewczynie, której nie stać na kupno. Zadzwoniłam więc do Caritasu. I dowiedziałam się, że ONI się TAKIMI sprawami nie zajmują. To kto się zajmuje? Aż się nie chce chcieć...
Piątek, październik 26. 2007
in plus i in minus, oczywiście. Kiedy mialam może z pięć lat, wakacje spędzałam u Babci. Składali jej wizyty znajomi, starsze osoby, jak ona. Jednego pana szczególnie z kuzynem nie lubiliśmy - nie wiem już dziś, dlaczego. W każdym razie, kiedy pewnego pięknego wieczoru towarzystwo cieszyło się rozmową w ogrodzie, stanęłam przed nim i powiedziałam: "O tej porze wszyscy porządni ludzie są już u siebie w domu!".
Ale potrafiłam też być miła. Kiedy Babcia zabrała mnie do znajomej na imieninki, skomplementowałam: "Robi pani pyyyszną herbatkę. Czy mogę prosić jeszcze?"
Piątek, październik 26. 2007
może i było w nich mało towaru, ale przyznać trzeba, że niektóre miały czarujący wystrój. Przypominają mi się na przykład sklepy rybne, z wymurowanym basenikiem na żywe ryby, często przyozdobione tematycznymi, morskimi mozaikami. Albo absolutny unikat - sklep z warzywami i owocami, z witryną, po szybie której spływała bez ustanku woda. Dzięki temu wnętrze miało odpowiednią temperaturę i wilgotność, niezależnie od pory roku.
Czwartek, październik 18. 2007
któremu tata kupił plecaczek. I powiedział: "Jedziemy w odwiedziny, spakuj więc, synu, to co ci potrzebne". Mi wiedział, że o ubranka zadba już mama, więc zamknął się w pokoju, aby wybrać najważniejsze ze swoich skarbów. No i włożył do plecaczka: 10 książeczek, 7 zabaweczek, lampkę nocną, dwa jasieczki, 15 szklanych kulek i 8 kamyków. A ponadto: "Poradnik majsterkowicza" - na wypadek, gdyby coś się zepsuło i on, Mi, mógłby wszystkich uratować, torbę od laptopa mamy - zawsze można poudawać, że w środku jest komputer oraz legitymację PiS PO (czyli Partii i Stowarzyszenia Piratów Oceanicznych) - na wypadek jakiegoś rejsu.
Hmn, troszkę ciasno... Tu więc Mi popchnął, tam dopchnął i... trach! Po zamku! Och, jakaż to była rozpacz! Mi nawet chciał zostać w domu. Na szczęście pan kaletnik szybko zamek wymienił a Mi spakował się raz jeszcze, zabierając naprawdę najpotrzebniejsze rzeczy.
Środa, październik 17. 2007
co cieplutki miał kubraczek. I co tu kryć - bardzo go nie lubił. Jakieś zamki, napy, kaptur, czochrający pięknie uczesaną grzywkę, no i ten kolor! Czerwony!
Pewnego dnia zadzwonił dzwonek do drzwi. Mimek zarumienil sie widząc gościa - bo byla to jego ulubiona koleżanka, Basia. "Hej, Mimku, pójdziesz ze mną na łyżwy?" - zapytała, trzepocząc długimi rzęsami. "Pewnie!" "Ale nie ubierasz nic ciepłego?" "Eeee, nie, wystarczy sweter, ja tam jestem twardy!" - odrzekł dumnie Mimek. "Hmnnn" - zamyśliła się Basia - "twardy? Twardy to chyba się tak czołg nazywa, nie? Ale ja się nie muszę na tym znać, ostatecznie, jestem dziewczynką!" - rozpromieniła się zaraz.
I tak Basia i Mimek powędrowali na ślizgawkę. Bawili sie doskonale, ale kiedy Mi zmęczony usiadł na ławeczce, poczuł się nieco gorzej - brrr, zimno. Kiedy wrócił do domu, nie miał już tak dobrego nastroju. Usiadł cichutko w swoim pokoju.
"Mi, chodź na podwieczorek" - zawołała mama - "zrobiłam twój ulubiony budyń czekoladowy!" "E, mamo, nie, chyba nie..." Mama natychmiast pojawiła się w drzwiach pokoju. "Oj, synku, ty nie chcesz budyniu? źle się czujesz?" "nie, mamoooo" - odpowiedział Mi, ale jakoś bez przekonania.
Przez następny tydzień Mi leżał w łóżeczku, z bólem gardła i katarem, pił herbatę malinową a Pani Zastrzykowa postawiła mu bańki.
Kiedy wyzdrowiał, pobiegł odwiedzić Basię - już w swoim czerwonym kubraczku.
"och, Mi, jaką masz piękną kurteczkę! Jesteś w niej taki... taki... męski!" - zawołała Basia.
"och tak, to moja ulubiona..." - odrzekł Mimołaczek.
Środa, październik 17. 2007
Dawniej kobiety nosiły reformy. Ciepłe majtki, z dłuższą nogawką, zakładane zwykle na zwykłe majteczki i rajstopy, pod spódnicę, chroniły w chłodne pory, i co tu dużo mówić, stanowiły znakomita profilaktykę przeciw różnym bolesnym chorobom. Były cieńsze i grubsze, te cieńsze z bawełenki lub dzianiny, te grubsze również z barchanu, czyli tego z czego my dzisiaj mamy cieplejsze dresy czy bluzy. Kolorystycznie była bida, zwykle kolor można było nazwać - nomen omen - "majtkowym". Choć bywały wyjątki i mogłam jako maluch powiedzieć na cały głos w tramwaju, widząc panią z naręczem bzu: "O, mamusiu, pani ma kwiaty w takim kolorze, jak mama majtki!"
Oczywiście, jako młoda osoba bardzo nie lubiłam tego typu "ocieplaczy". Kilka lat temu zmądrzałam i chciałam kupić sobie reformy, oczywiście wykorzystujące nowoczesne technologie - tkaniny cieplutkie ale cieniutkie. Niestety, tego kroju majteczki mogłam tylko nabyć w formie wyrafinowanych koronek...
A tytułowe magiczne majtki? Mama miała takie reformy, z cieniutkiej anilanki (dzisiaj mówimy - akrylu). Różowe, bardzo wysokie, w pasie miały starą gumkę zawiązaną na supełek. Były używane przez wszystkich domowników - w jednej sytuacji - kiedy bolał krzyż. Wystarczyło kilka albo kilkanaście godzin - i ból jak ręką odjął!
Wtorek, październik 16. 2007
który miał w domu kolorowy szlaczek. I co się tylko mu w dniu wydarzyło, to rysował w tym szlaczku. Na przykład, kiedy na spacerze spotkał jeża - to go rysował. Kiedy dzień był piękny, rysował słoneczko, a kiedy potrzebował parasola - chmurkę. Pewnego dnia odwiedził go wujek: "Mimaczku, mam dla ciebie prezent - bo zauważyłem, że grzywkę masz nieuczesaną". "Ale co to jest, wujku?" - pytał Mimaczek, obracając w rękach płaską paczuszkę. "Zobacz sam" - odpowiedział wujek. "O rany, wujku, chłopczyk w pudełku? Jak to zrobiłeś?" - zdziwił się Mimaczek, oglądając rozpakowany prezent. Wujek sie roześmiał: "Weź grzebień i uczesz grzywkę..." "O, on zrobił to samo! Jak to możliwe?" - wykrzykiwał Mi, strojąc miny i wyczyniając dziwaczne figury. Po chwili zamyślił sie głęboko: "Może wyda ci się to, wujku, dziwne, ale sądzę, że tam - to ja jestem!" "Tak, Mimaczku, bo to LUSTERKO! Teraz będziesz mógł zawsze sprawdzić, czy masz uczesaną grzywkę". I tego dnia Mimaczek narysował na szlaczku siebie samego - tak, jak widział w lusterku.
Niedziela, październik 14. 2007
Ja w ten sposób boję się świetlików. Nie tych robaczków, tylko takich tego, co widzi się czasem w starej kamienicy, kiedy wejdzie się na klatkę schodową i spojrzy w górę. To samo dotyczy okien fabrycznych w opuszczonych budynkach. Brrrrrr!!!!!
Niedziela, październik 14. 2007
Wydaje mi się, że niektórzy smutni rodzice wychowują smutne dzieci. Nie chodzi tutaj wcale o taki bezpośrednio manifestowany smutek - miny, łzy, wzdychanie. Ci ludzie śmieją się, bawią, wygłupiają - ale nigdy do końca. Zawsze jest w nich jakiś hamulec i lęk, brak swobody. Może również przed utratą kontroli. Później jako dorośli nie wskoczą do basenu, nie potrafią krzyczeć na całe gardło, żyją rozpięci między tym co wolno a tym, czego nie należy. Często zostają aktorami. Albo psychologami.
Sobota, październik 13. 2007
mieliśmy dzisiaj - przyjechała A. z mojego Rodzinnego Miasta. Znamy się od '88 czy '89 roku! Spotkałyśmy się po raz pierwszy w wakacje, okazało się, że jest studentką mojego Taty. Potem czasem prosiłam go o przekazanie informacji, a Tato podczas sprawdzania obecności mówił: "Aaaa, córka prosiła przekazać, że czeka na list!" Tak, tak, wtedy nie było jeszcze gg i pisałyśmy do siebie listy!
Mi kupił nową ciocię momentalnie, tym bardziej, że dostał piłeczkę i klocek pluszowy - cudnie można na nie napadać w stylu "mały tygrysek". Poza tym od wczoraj ma świetną zabawę w bąbelkowanie: języczek wysunięty do połowy i produkowanie pianki ze śliny. Wygląda to przezabawnie
Piątek, październik 12. 2007
i naważyliśmy... 7500! Oj, czuje się ten ciężar, czuje!
Czwartek, październik 11. 2007
Zakupiliśmy z Małżem przemiłą książeczkę z 365 zabawami na każdy dzień roku z dziećmi od dwóch lat (tak na zapas). Dużo tam rzeczy pouczających, bo i o relacjach interpersonalnych i o roślinach, dużo sztuki, muzyki, ruchu. Ale jedna zabawa mnie rozczuliła dokumentnie: panie autorki otóż informują nas, że w dywanie czy chodniku jest o wiele więcej pcheł niż w futerku domowego psa czy kota. Można więc wraz z dzieckiem przygotować miseczkę mydlin i ustawić ją w ciepłym miejscu, pod lampą - a potem już tylko czekać, aż zwabione pchełki dokonają żywota. Panie nie lubią pasqdnych widoków, więc radzą dodatkowo, aby wodę co jakiś czas wymieniać...
Wtorek, październik 9. 2007
Mi do szkoły. Jest... 22 na liście swojego rocznika :] Jest to oczywiście tylko lista kandydatów - potem Mal00cha? nas? czeka rozmowa kwalifikacyjna. Pani w sekretariacie zapisała sobie numer kontaktowego telefonu. Pewno za 7 lat zadzwoni do mnie, informując o terminie spotkania. A jeśli zmienię numer? Oj, to Mimkowi przepadnie kolejka...
|