Ostatnie Boże Narodzenie pokazało, jak wszystko się zmienia, jak wciąż jesteśmy gdzie indziej, inaczej, jak zawsze trzeba mieszkać u siebie, to znaczy w sobie – bardziej niż w miejscach i okolicznościach.
To były pierwsze Święta bez Babci i Taty, więc Siostra moja przyjechała do nas – mieliśmy malutką Wigilię u nas. Była jak należy – z jednym odstępstwem – zamiast karpia usmażyliśmy… paluszki rybne Frosty. Wiem, wiem… Ale czyste mięsko, bez ości i o przyzwoitym smaku zdecydowanie lepiej się sprawdza, niż cokolwiek innego. Poza tym był barszcz (na domowym zakwasie) z uszkami (też domowymi), własne pierogi z kapustą i grzybami oraz z powidłem, kutia i piernik oraz pierniczki.
Potem wszyscy poszliśmy do Teściów, na drugą Wigilię, spędzoną też z Siostrą Małża i jej rodziną. Ledwo odespaliśmy obżarstwo, w Pierwszy Dzień Świąt wybraliśmy się do Cioci, siostry mojej Mamy i jej rodziny. Wreszcie kobiety były w mniejszości – przy stole zebrało się ich tylko 3 na 8 facetów!
26 grudnia zastał nas znów u Teściów, których z kolei odwiedziła nie tylko Siostra Małża z przyległościami, ale i Brat Teściowej z Żoną i Synem. Zamieszanie nie z tej ziemi
Miło minęły te Święta, mimo wszystko spokojnie, mimo wędrowania i spotykania tylu osób. No i dobrze. Czekam na Wielkanoc