Czwartek, styczeń 28. 2010
Yo – management (analogicznie do powitania „yo, men!”) to osoby, które preferują w pracy i życiu luz. Żadnych stresów, wszystko samo się ułoży! Wiedza jest tylko dodatkiem, najważniejsze to mieć intuicję. W pracy z każdym mamy relacje koleżeńskie, niezależnie od wieku i stanowiska, idziemy na wspólne piwo. Zobowiązania traktujemy z przymrużeniem oka, to, że w poniedziałek mówimy jedno a we wtorek drugie – jest zupełnie normalne. W takim systemie zarządzania nie liczą się ludzie i ich kompetencje – raczej chemia i bezproblemowość. Jeśli ktoś potrafi nam wskazać błędy, wyrazić własne, odmienne zdanie – nie pasuje nam do lightowego obrazu świata. Karierę robimy raczej przez uprawianie polityki niż mozolne zdobywanie kwalifikacji. Trzymanie z kimś sztamy, niebezpiecznie podobne do „koleżankowania się” w szkole, dobieranie towarzystwa zgodnie z własnym interesem, zważanie na osoby i firmę tylko dopóki spełnia nasze własne oczekiwania – to coś nam bliskiego. Wśród yo – managementu niezbyt często znajdziemy klientów doradztwa personalnego czy coachów.
Przeciwnie ma się sprawa z MBA – managementem. To osoby, które cenią – czasem aż do przesady – tytuły, certyfikaty, miejsca w rankingach. Wybierają najlepsze (a w każdym razie najbardziej prestiżowe) uczelnie i firmy szkoleniowe i cieszą się, kiedy mogą zapłacić dużo za wykształcenie. Niekiedy nie podejmą decyzji bez specjalistycznej konsultacji i bez uwzględnienia wszystkich znanych teorii na dany temat. Zwykłemu śmiertelnikowi trudno się z nimi porozumieć, bo wypowiadają się frazami prosto z podręczników czy szkoleń. Pod poduszką trzymają książki Druckera, a nad biurkiem wieszają zdjęcie Iacocci . Brylują na śniadankach biznesowych i umawiają się z klientami na squasha. Szukając współpracowników, pytają o referencje, dyplomy i certyfikaty, zwracają na „biznesowe otrzaskanie”. Im jednak często brak wyczucia i nastawienia na ludzi – trudno przenoszą teorię na praktykę. Korzystają, owszem, z doradztwa personalnego czy coachingu, bo to jest trendy, ale niekoniecznie potrafią sami stawać się później nauczycielami, kształtować umiejętności i postawy innych. Biznes jest dla nich dziedziną wiedzy lub sposobem życia, jego stylizacji – nie potrafią jednak być twórczy. Niejednokrotnie oczekują, ze kiedy powierzą swój problem specjaliście, to on załatwi wszystko za nich, bez wysiłku i konieczności rezygnacji z wyjazdu na miesięczne wakacje.
Na szczęście dla biznesu i dla nas, pracowników, są też biznesmeni „środka”. Osoby, które się uczą, żeby rozumieć. Które szukają nowych narzędzi nie dla nich samych, ale żeby firma się rozwijała a ludzie w niej zatrudnieni mogli realizować jej cele, realizując jednocześnie swoje. Osoby, które nie boją się pytać i nie boją się krytyki – ba, uważają, że tylko to co boli, jest skuteczne. Firma jest dla nich jak rodzina, więc dbają o nią mądrze, a dla pracowników są jak dobrzy rodzice. Uznają, że wciąż wiedzą i potrafią zbyt mało, więc są gotowi na zmiany.
Czwartek, styczeń 28. 2010
Człowiek lecący balonem zdał sobie właśnie sprawę z tego, że się zgubił. Obniżył wysokość i zobaczył na ziemi kobietę. Zszedł jeszcze niżej i krzyknął: „Przepraszam, czy mogłaby mi pani pomóc? Obiecałem przyjacielowi, że spotkam się z nim godzinę temu, ale nie mam pojęcia, gdzie jestem”.
Kobieta odpowiedziała: „Jest pan w aerostacie napędzanym rozgrzanym powietrzem, unoszącym się w przybliżeniu 10 metrów nad ziemią. Znajduje się pan na szerokości geograficznej pomiędzy 40 a 41 równoleżnikiem oraz na długości pomiędzy 59 a 60 południkiem”.
„Pani z pewnością jest inżynierem” – stwierdził pilot balonu.
„Owszem” – odparła kobieta. – „Skąd pan to wie?”.
„No cóż” – odpowiedział mężczyzna. – „Wszystko, co mi pani powiedziała, jest poprawne z technicznego punktu widzenia, lecz nadal nie wiem, jak mogę skorzystać z tych informacji i wciąż jestem zgubiony. Szczerze mówiąc, niezbyt mi pani pomogła”.
Kobieta zauważyła: „Pan musi sprawować stanowisko kierownicze”.
„To prawda” – odrzekł mężczyzna. – „Skąd pani to wie?”
„Cóż” – wyjaśniła kobieta. – „Nie wie pan, gdzie jest ani dokąd zmierza. Wzniósł się pan wysoko tylko dlatego, że jest pan balonem. Obiecał pan coś, ale nie ma pojęcia, jak się z tego wywiązać, i oczekuje, że pański problem rozwiąże ktoś z dołu. Jest pan dokładnie w takiej samej sytuacji, w jakiej pan był, zanim się spotkaliśmy, z tą różnicą, że teraz jakimś cudem okazało się, że jest to moja wina”.
David Taylor
"Lider bez maski. Prawdziwa droga do sukcesu."
Wtorek, grudzień 15. 2009
Misiak, jak to bywa, rozrabiał przed snem. W końcu Małż mówi: "Misiu, połóż sie przy mamusi i pociesz ją, zobacz, jaka smutna!". A Mi na to: "Mamo, MYŚL POZYTYWNIE!"
Sobota, grudzień 12. 2009
Misinio był dzisiaj po raz pierwszy w życiu u fryzjera. Salon mój, ale fryzjerka nie moja - na szczęście pani Ela okazała się równie godna zaufania. Misio i ona - podeszli do siebie nawzajem spokojnie, w duchu współpracy. Obeszło się bez narzekania, płaczu i uciekania z krzesełka  Teraz ma pięęęękną męską fryzurę. przy okazji pani powiedziała, że trzeba go na wiosnę wystrzyc do zera, żeby naruszyć meszek w zakolach i przy uszkach - nie rosną tam włosy takie, jak trzeba :/ Dobrze więc, że bylismy u fryzjera, bo można jeszcze interweniować
Czwartek, grudzień 3. 2009
Tu z przemiłym zespołem L'Arpeggiata, w utworze Monteverdiego "Sì dolce è 'l tormento"
Tu zobacz
Wtorek, grudzień 1. 2009
Słysze rozmowę Misia z Babcią: "Muszę zanieść mamie Kasi misiowe ciastećko, zieby sobie zjadła, bo mama je lubi". Babcia próbuje perswadować (bo to dzidziusiowe chrupaczki Nestle, niezbyt smaczne), ale Mal00ch się upiera. Po chwili rzeczywiście przychodzi do mnie, w miseczce z pokrywką niesie ciasteczko: "Mamuniu, psyniosłem ci ciastećko!... zjem sobie je! Plosie, mozieś siobie potśymać poklywke!"
Wtorek, grudzień 1. 2009
To dla wielbicieli Jaroussky'ego
Zajrzyjcie TU
Wtorek, grudzień 1. 2009
Wczoraj, po raz pierwszy od urodzenia Misia, dostałam wieczorne wychodne  Z Ciocią i Wujciem Mi pojechałam do Katowic, gdzie w sali koncertowej Akademii Muzycznej, miał miejsce koncert finałowy festiwalu Ars Cameralis 2009. Już samo miejsce zasługuje na uwagę - rozbudowa Akademii dała piękną przestrzeń w patio, w którym można pić kawę, podziwiając osłoniętą teraz dachem fasadę jednego z neogotyckich budynków.
A sam koncert... ech... jednym słowem: tak śpiewać nie można! A śpiewał najlepszy chyba kontratenor młodego pokolenia, niezrównany w muzyce baroku - Philippe Jaroussky. Towarzyszył mu znakomity zespół Concerto Köln i brazylijski (!) klawesynista Nicolau de Figueiredo. W programie Haendel i Bach (ale nie Jan Sebastian, tylko Jan Christian). Aksamitne brzmienie orkiestry, grającej na instrumentach dawnych (a więc np. struny są z jelit zwierzęcych - chyba nie grywają na nich wegetarianie;-))... Niesamowita technika i swoboda wokalu ... Cisza taka, że słychać by było muchę - gdyby chciała tam latać... Nie zdziwiłabym się, gdyby komuś pękło serce od nadmiaru piękna 
Piękny wieczór... A kiedy o 22:30 wróciłam do domu - Małż ledwie żywy klikał w komputerku, a Misio słodko spał
Piątek, listopad 27. 2009
Misinio siedzi jak co rano na nocniczku. Patrzy przez okno na niebo i mówi: "Patś, jakie lóziowe niebo, mamuniu!" a po chwili docieka: "A ciemu ono jeśt takie lóziowe?". Odpowiedziałam: "bo słonko wstaje i maluje chmurki na różowo". Mi się zamyśłił, po czym stwierdził: "Nie, mamusiu - tylko śłonko ma taką lóziową piziamkę, tak, na pewno!"
Czwartek, listopad 19. 2009
Było już o dezodorantach - teraz o pachnących dodatkach do kąpieli.
Pierwszy płyn dla dzieci, jaki pamiętam, był w butelce - nurku. Chyba pomarańczowy, nurek w ciężkim stroju, hełm się zdejmowało - odkręcało znajdującą się pod spodem zakrętkę i odmierzało nakryciem głowy stosowną ilość płynu.
Był też Misio Yogi, działający na podobnej zasadzie.
Dużo mniej ciekawa była rybka - po prostu na zakończeniu pyszczka miała gwint i zakrętkę.
Starsze dzieci lubiły też szyszkę - szklana butelka, a w środku sól z dodatkiem olejku sosnowego - produkt Herbapolu.
Młode damy wybierały sól Kinga, pakowaną w kilka łączonych ze sobą woreczków - w każdym z nich sól miała inny kolor.
Pamiętam, że Babcia - za względu na liczne rozdrapane ukąszenia komarów i pająków, oraz ślady po spotkaniach z ziemią, różami i drzewami - czasem kąpała mnie w macierzance lub rumianku.
Ale największym przebojem było dodawanie do wody kryształków nadmanganianu potasu (nazywaliśmy je "kali" - od łacińskiej nazwy potasu - kalium). Pojawiała się najpierw prawie czarna smużka, aby w fantazyjnych esach - floresach zabarwić w końcu wodę na lila. Kiedy przypadkiem dotknęło się nierozpuszczonego kryształka, na palcu pozostawał ciemny ślad.
A teraz nie mam bąbelków w wannie, bo nie mam czasu - no i z wanny wyrosłam. Co to za przyjemność kąpać się, kiedy albo ramiona albo kolana wystaja z wody i marzną?
Czwartek, listopad 19. 2009
Powiódł się nam pięknie  Przygotowałam Misiowi kartkę, z 6 kratkami, na kolejne dni. U góry tytuł: "Misio śpi". Zasada jest taka - jeśli Mi grzecznie szykuje się do spania i stara się najszybciej jak może ułożyć do spania we własnym łóżeczku a na dodatek prześpi w nim całą noc - rysujemy rano serduszko. Jeśli wytrwa tak do nocy z piątku na sobotę - w sobotę idziemy do sklepu z zabawkami  Misinek dzielnie pracuje, jestem z niego dumna. Ostatniej nocy co prawda zbłądził do nas na dłuższą chwile i został do rana - ale cóż - zasnęliśmy oboje
Niedziela, listopad 15. 2009
i poznaje możliwości swojego małego ciałka. Ponieważ ostatnio mieliśmy na tapecie nocniczkowanie (już zakończone sukcesem  ), siusiaczek to number one. Misiek zastanawia się co też to małe "coś" może zrobić i eksperymentuje, ile wlezie. Na przykład:
- wysiusiuje "dróżkę" w pianie w wanience,
- w tejże wanience sprawdza, ile jeszcze wyciśnie, choć nasiusiał już z pół litra wcześniej w toaletę,
- siusia na nocnik w pokoju, a potem biega z gołą pupą, z premedytacją obdarzając siusiami a to swojego misia, a to kocyk na pufie, a to chodniczek w łazience,
- sprawdza też - jak się okazało dzisiaj - stan napełnienia siusiaka, kiedy siedzi na moich kolanach, a ja go wycieram po kąpieli.
Cóż, wygląda, że męskie eksperymenty z tą częścią ciała i traktowanie jej jako odrębnej istoty, żyjącej własnym życiem (a więc za którą niekiedy nie można brać odpowiedzialności) zaczyna się mężczyznom wcześnie i niektórym nie kończy nigdy
Niedziela, listopad 15. 2009
Któregoś dnia, kiedy używałam z zadowoleniem naprawdę dobrego dezodorantu mineralnego Garniera, westchnęłam z rozrzewnieniem, wspominając swoje pierwsze dezodoranty  Miało to oczywiście miejsce w zamierzchłej przeszłości. Pierwszy miał formę sztyftu - wyglądem, konsystencją i chyba zapachem przypominał klej do papieru. Kupiłam go w Herbapolu, w niewielkim miasteczku mojej Babci, podczas wakacji. Potem był Body Mist w kulce, kupiony za bony PKO (miało się to niekiedy zamiast $, żeby kupować w raju - czyli Pewexie) przez druga Babcię. Następnie królowały niepodzielnie szklane butelki z atomizerem i zielonym płynem wewnątrz - mocno alkoholowa Basia. Szok można było przeżyć wyjeżdżając w jej towarzystwie do jakiegoś niedogrzanego domu w ferie - użycie lodowatego dezodorantu w lodowatym pokoju tuz po wyjściu z cieplutkiego śpiworka - brrrr! Długo też 3/4 damskiej ludności Polski używało "Elle" - tak chyba się nazywał dezodorant juz w spray'u, w wąskim, różowym opakowaniu. Kiedy pod Halą Mirowską pojawiły się stragany z dobrem wszelakim, zostałam zasponsorowana przez Babcię - i kupiłam Tribe - dość masywny fioletowy spray, z różowymi dodatkami, produkowany przez Coty. A potem było już tylko lepiej, bogaciej - i już nie tak ciekawie
Niedziela, listopad 15. 2009
Pomyślałam wczoraj, patrząc na misiowe konstrukcje z drewnianych klocków, że ma zapędy do tworzenia budynków i brył bardziej, niż, na ten przykład, mostów i pociągów. Jedna z jego budowli przypominała mi, jako żywo, pewną z realizacji znanego katowickiego architekta, nie ujmując zresztą nic panu  Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Dziś Minio zasiadł na nocniczku do produkowania kupki. Co chwilę podnosił pupę, by krytycznym okiem spojrzeć na swoje dzieło. W końcu zadowolony pokiwał głową: "Patś, mamo, jaki kościółek źbudowałem z kamyćków!"...
Niedziela, listopad 15. 2009
A tak niedawno cieszyłam się, że w szpitalu Mi opanował trudną sztukę spania we własnym łóżeczku! Nadal tak śpi, ale zasypia około 22 a nawet później  Nie bardzo wiem, co z tym zrobić, zaraz sobie przypominam programy Tani Byron, według której problemy z zasypianiem mają dzieci, których mamy nie radzą sobie i grzmi na nie, że robią dziecku krzywdę. Że niekonsekwentne, że zaburzone, że nieodpowiedzialne itp...
|